Jak zaczęłam patrzeć w mrok bez mrużenia oczu
Odcinek 3: Czysta, biała kartka
Kiedy oswajałam swój mrok, mierziła mnie jeszcze jedna, dość uporczywa kwestia. Otóż łapałam się na tym, że zazdrościłam wielu ludziom, że ich codzienność jest na tyle bezpieczna, że pozwala im przeżywać codzienne, normalne problemy, bez lęku o przeżycie. Czułam żal, że oni akurat w momencie mojej choroby przejmowali się rzeczami, którymi ja… sama tak bardzo chciałam znowu móc się denerwować. Ale kiedy przestałam wypierać tę zazdrość, a przyjęłam ją i nazwałam po imieniu, przyszły nowe odkrycia.
Dotarło do mnie, że wpadam w pułapkę bardzo uproszczonych porównań. Bo przecież ja też bardzo nie chciałabym, żeby ktoś z dłuższą historią medyczną przyszedł i powiedział mi: „Dziewczyno, ty to masz w sumie dobrze, ja choruję od dziesięciu lat i mam trzy niezależne nowotwory”. Zrozumiałam, że licytowanie się na nieszczęścia i rozkminianie kto ma gorzej, jest nie tyle ślepą uliczką - bo ból jest rzeczą absolutnie subiektywną - ale jest też ponownym zaproszeniem do roli ofiary.
Zobaczenie tego, dobitnie odebrało mi jakąkolwiek potrzebę i próbę oceniania czy umniejszania drobnym, codziennym problemom. Zrozumiałam, że każdy z nas ma pełne prawo martwić się swoimi sprawami, niezależnie od ich kalibru. Ktoś może doskonale wiedzieć, że jego codzienny problem jest obiektywnie bardzo mały, ale w tym momencie akurat go przytłacza – i ma pełne prawo to czuć, ma prawo się tym denerwować.
Często z ust osób, które przeszły lub przechodzą przez ciężkie choroby, płynie do zdrowych ważne przesłanie: „Doceniaj życie i ciesz się każdą chwilą, zanim choroba ci to zabierze”. Wiem, jak wielu ludziom te słowa pomogły lub otworzyły oczy, ale ja zawsze czułam w nich pewien niedosyt. Dla mnie to przesłanie było zbyt skrótowe. Przecież to tak nie działa, że ktoś nam to powie i my nagle, jakby przez naciśnięcie niewidzialnego guzika, zaczniemy błyskawicznie celebrować własną codzienność. Ja jestem zdania, że do takiego punktu każdy musi dojść sam, poprzez własne doświadczenia i osobiste refleksje. Dlatego do tego przesłania chciałabym dodać: przejmuj się swoimi sprawami, szanuj własne emocje, daj sobie pełne prawo do narzekania i czuj dokładnie to, co w danym momencie czujesz.
I właśnie w tym kontekście odkryłam, czym tak naprawdę jest możliwość denerwowania się na te wszystkie przyziemne, prozaiczne rzeczy. To nie oznacza wcale, że dana osoba ma w życiu „łatwo”. To oznacza, że ta osoba jest w takim momencie swojej historii, w którym jej bezpieczna codzienność pozwala na pewnego rodzaju „luksus” przeżywania mniejszych zmartwień. Że jej fundamenty są stabilne, a największy dramat rozgrywa się na powierzchni, a nie w mroku ostateczności. Narzekanie na te drobiazgi… jest po prostu CZĘŚCIĄ naszego życia.
Wiąże się z tym zresztą zabawna anegdota. Kiedy opowiadałam o tej mojej perspektywie znajomemu przez telefon, on usłyszał, że narzekanie na zwykłe codzienne kłopoty jest SZCZĘŚCIEM naszego życia.
Coś w tym jest. Szczęściem może być to, co jest dla nas po prostu dostępne – nawet jeśli w danym momencie wywołuje w nas złość lub ból. Bo to oznacza, że nawet mimo dyskomfortu, stresu czy rozdrażnienia, nie ma akurat w tej danej chwili jakiegoś wielkiego skrajnego zagrożenia. Że jest w miarę przewidywalnie i na tyle spokojnie, że można zadzwonić do przyjaciółki i narzekać na spóźniony autobus czy plamę na dywanie, bez drżenia ze strachu o wynik kolejnej biopsji.
Wtedy pomyślałam sobie o moim problemie, tym, który mnie wcześniej tak mocno wywalał w sam środek zazdrości. Wkurzało mnie to, że inne osoby mogą żyć bez nieustannego poczucia, że są podświetlone na czerwono. Tak jak czuję to ja - że to ja się tak mocno świecę i jestem pierwsza w kolejce do odchodzenia z tego świata, że jestem już predysponowana do śmierci.
A przecież mogę o sobie myśleć inaczej - że znów jestem swego rodzaju „czystą, białą kartką”.
Może i tak jest, że przy diagnozie białaczki o niekorzystnych rokowaniach lekarze mają ciągle w pamięci mało optymistyczne statystyki i podchodzą do tej choroby z pewnego rodzaju „szacunkiem do przeciwnika” i ostrożną nadzieją. Ale przecież w styczniu tego roku, kiedy odzyskałam możliwość wchodzenia po schodach bez mroczków przed oczami i palpitacji serca, zobaczyłam, że moje ciało głośno do mnie krzyczy, że jest po mojej stronie i odpala silnik od nowa, z nowym paliwem. Więc czemu ciągle odwracałam od niego wzrok, niemal czekając na najgorsze?
Posłuchałam więc ciała i zamiast dawać roli ofiary szansę na jej toksyczne podszepty, zrobiłam mój wielki „reality check” i zwróciłam całą swą siłę i zasoby ku faktom. A fakty były przecież wspaniałe: tuż po diagnozie szybko okazało się, że moja siostra była idealną kandydatką jako dawca nowego szpiku, przeszczep się powiódł, a szpik, kiedy w końcu nadszedł jego czas, ruszył z kopyta.

Dziś ostatecznie zrzucam z siebie lampkę, która podświetlała mnie na czerwono. Razem z nowym szpikiem dostałam czystą kartkę do zapisania. Na dzień dzisiejszy wznowy nie ma. Jest okej. A nawet jeśli ten nowotwór kiedyś wróci… cóż, rak może się zdarzyć każdemu. I nie jestem w tym jedyna na świecie. Mogę skupiać się na tym, że w tej chwili jestem w dobrym miejscu, teraz nowotworu nie ma. Więc dlaczego miałabym uczepiać się myślenia, że znów do mnie wróci? To tylko lęk i stare, już przeterminowane statystyki, nie fakt.
Bo ja nową statystykę piszę właśnie teraz, swoim życiem, 12 miesięcy od przeszczepu!
I nawet kiedy czasem wracają chwile, w których lęki walczą z faktami, z dołka potrafi wyciągnąć mnie wspomnienie słów mojego kolegi. Niedługo po diagnozie, gdy tak potwornie bałam się, że nie dam rady, on rzucił z rozbrajającą szczerością: „No cóż, najwyżej umrzesz młodo. Przynajmniej na twój pogrzeb przyjdzie dużo ludzi”. To były jednocześnie najbardziej bolesne, straszne, a zarazem najśmieszniejsze słowa, jakie usłyszałam w swoim życiu! Rozbawiły mnie wtedy do łez i do dziś przypominają mi, że z najgorszego mroku można się po prostu bezczelnie zaśmiać.
Na stole leżą dziś dwie różne karty, dwa zupełnie inne scenariusze. Jeden ciągnie ku końcowi, drugi ku życiu. Którą kartę chciałabym wybrać?
Kiedy kilka lat temu pisałam ostatni rozdział w swojej książce, nazwałam go Nowym Początkiem. Tamto zakończenie stało się moim fundamentem. Dzisiaj, stojąc w tym kolejnym życiowym początku, zamierzam zrobić dokładnie to samo.
Zamierzam dać sobie prawo do wyboru i zdecydować się na to, co jest dla mnie dobre. Nawet jeżeli życie znów kopie – ja, kiedy mam w tym wszystkim choć jeden maleńki wybór, jak przeżyć ten trudny moment, to wtedy, mimo wszystko mam największą moc. Mam sprawczość, przy której najgorsze doświadczenia, mimo że potwornie bolą, nie odbierają mi podmiotowości. Trzymanie się tego daje mi ogromną ulgę i świadomość, że ogarnę to całe życie.
Ach, to życie. Dzieje się w nim!
Dzieje się!:)