Śmiejmy się, ludzie!
- Aneta Wrzosek
- 3 gru 2025
- 3 minut(y) czytania
Stoję przed lustrem w łazience. Przyglądam się tej twarzy i nie poznaję jej.
To naprawdę ja?
Policzki spuchnięte, dziwnie duże jak u chomika. Tak działa prednizolon, którego końskie dawki dostałam od lekarza tuż po zdiagnozowaniu Graft vs Host Disease (częste powikłanie po przeszczepie, czyli szpik dawcy "atakuje" tkanki biorcy). A na głowie, odrastające już po chemiach, jeszcze rzadkie, ale sztywne włosy, uparcie stojące jak irokez, nie chcą zmięknąć, zakręcić się w loczki, o których tak dużo słyszałam. Może się jeszcze pokręcą jak podrosną. Na razie stoją na sztorc.
Cała ta księżycowa twarz i te włosy...
Wiem już!! Fenkuł! Wyglądam jak fenkuł! I wybucham śmiechem, serdecznym, głośnym. Nie mogę przestać! Śmiech mnie zagarnia, wkracza faza mojej głupawki :)
Śmiech! Humor! Tak, to moja strategia na każdy kryzys.

Wiedziałam, że śmiech to zdrowie, od dziecka słyszałam to powiedzenie. Przyjmowałam to jako coś oczywistego, ale jednak nie zagłębiałam się w tę sentencję. Po prostu taki tam przekaz, który sobie przechodzi z pokolenia na pokolenie. Ale też przekaz, który usłyszałam wiele razy od swojego psychoterapeuty: śmiech to zdrowie psychiczne i fizyczne. Tylko czy rzeczywiście to prawda? - myślałam - po co się nad tym zastanawiać? Ale to jest prawda!
I teraz z pełną świadomością to przyznaję. Bo w ostatnim roku miałam tyle ciężkich chwil, tyle strachu, bólu, tak ciężkie stany i fizyczne i psychiczne, że jedyne co mnie wtedy trzymało przy życiu to mój humor, moje żarty i głupawka w momentach totalnego zwątpienia.
Leżąc kilkanaście tygodni w szpitalu odkryłam jak wiele to daje!
Śmiech i uśmiech. I żarciki.
Na oddziale pielęgniarki okrzyknęły mnie jedną z najbardziej wesołych, pozytywnych pacjentek, a ja poczułam, że humor to nie tylko świetna strategia na przerwanie w ciężkich warunkach i w bólu ale, że śmiech też po prostu przynosi ulgę, łagodzi stres, wycisza emocje. Czułam się lepiej.
I tak zaczęła się moja szpitalna głupawka, która bawiła i mnie i mojego męża i personel medyczny. Lekarze, lekarki, pielęgniarki dostawali ksywki: Leniwy klusek, Zapominalska, Dr. Hause, Tancerz, Profesorek, Hipster itd. A personel pomocniczy i transportowy (pielęgniarski też) stał się dla mnie świetnym towarzystwem do robienia sobie ze wszystkiego jaj. To byli zazwyczaj serdeczni ludzie podchwytujacy w mig moje śmiechawki, to oni tańczyli ze mną do Shakiry puszczanej z telefonu i to oni częstowali szerokim uśmiechem kiedy tylko zobaczyli mnie na korytarzu.

Ale co było w tym wszystkim wspaniałe i nawet niespodziewane, wręcz zaskakujące, jak ten mój śmiech dużo mi dawał w zamian! Nagle dowiedziałam się, że lekarze lubią przychodzić do mojego łóżka i mówią o mnie studentom, że jestem fajną pacjentką. A kiedy w szpitalu trwał strajk, panie sprzątające przynosiły mi potajemnie papier toaletowy, sprzątały częściej salę i dwa razy dostałam jedzenie przeznaczone dla pacjentów prywatnie ubezpieczenonych (które było po prostu o wiele smaczniejsze).
I to nie była żadna moja zimna, wykalkulowane strategia, że jak będę miła dla nich to oni będą fajni dla mnie. Nie było też w tym nic z miłej, ofiarnej i uczynnej dziewczynki, do jakiej mnie kiedyś wychowywano. To był świadomy wybór, że ja chcę rozdawać światu good vibes i że bycie serdeczną też mi "robi dobrze", bo ja też czuję się z tym zwyczajnie lepiej. Zobaczyłam jak uśmiech, mówienie "dziękuję", wdzięczność za małe rzeczy w szpitalu i artykułowanie tego, nagle zaczyna do mnie od ludzi wracać. To było piękne i wzruszające. I dawało ogrom siły w trudnej drodze przez chorobę.
Oczywiście były też dni kiedy nie czułam potrzeby rozdawania uśmiechów, kiedy nie chciałam z nikim rozmawiać, nie miałam na to siły. Były też dni kiedy personel mnie wkurzał, nie dostarczał pewnych rzeczy i wtedy się złościłam albo czułam bezradność. Ale to już inny temat, o którym nie dziś. Dziś wspominam jaką mocą jest uśmiech i z tym chcę zostać.
Teraz stojąc przy lusterku z tą twarzą chomika - fenkuła wracam do tamtych chwil i myślę sobie, że w sumie obecnie też jestem w małym kryzysie. Czas po przeszczepie szpiku to rollercoaster, ciągle wzloty i upadki, ciężka droga, która jest niewidoczna, samotna, nawet trudniejsza, niż ta szpitalna, bo nie widać jej na zewnątrz. Nie jestem już w sumie chora, ale nie jestem jeszcze zdrowa. Taka poczekalnia, taki stan, który przez to, że jest taki nowy, nieznany z przeszłości, jest też sam w sobie mega ciężki. Bo doświadczam czegoś, co jest dla mnie jeszcze nierozpoznane, nieprzewidywalne. Moja psychoonkolog mówi, że nawet remisja choroby, zdrowienie, może być odbierane jako kryzys właśnie. I że w tym czasie też warto znaleźć dla siebie takie drogi reagowania, takie pomysły, żeby po prostu czuć się ze sobą i w tym swoim nowym, cielesnym stanie dużo lepiej.

Więc ja się śmieję!!
Ja nadal mam swój humor!
I w ten sposób przetrwam ten czas, wiem to!
Śmiech to zdrowie.
Śmiejmy się ludzie, to naprawdę działa!




Komentarze